Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


afrykańskiej, a tam — z głębin Azji lub pozostały po starożytnym Egipcie i... Atlantydzie.
W Afryce zwiedziłem Wysoki Atlas, brzeg Atlantyku, Marokko, Algerję, Tunis, słyszałem ryk dział i szczękanie karabinów podczas bitwy wojsk Abd-El-Krima z Hiszpanami; widziałem nocne misterje muzułmańskie; patrząc na kręcących się derwiszów, przypomniałem sobie rosyjskich sekciarzy chłystów i indyjskich fakirów; wdychałem gorące powiewy Sachary; prażyłem się i wysychałem, jak sztokfisz suszący się na słońcu, gdy trafiałem w pasmo Sirokka; zachwycałem się tańcami pięknych kobiet z tajemniczego plemienia Uled-Nail i znajdowałem podobieństwo do tańców perskich, kaukazkich i bajader z Hindustanu; razem z zaklinaczem wężów Si-ben-Kefen łapałem jadowite wipery i straszliwe „naja“ — pokrewne kobrom dżungli indyjskich; strzelałem do dzików, antylop, szakali i czerwonych kuropatw; miałem długie przyjacielskie rozmowy z żyjącymi „świętymi“, czyli Marabout, z których niektórzy pochodzili z prostej linji od Fatmy, ukochanej córki proroka Mahomeda; wsłuchiwałem się w monotonne nawoływania muezzinów, gdy o wschodzie słońca wykrzykują ze szczytów minaretów: „La Illa Illach Allach u Mahomed Rassul Allah, Allah Akbar“.
Jednocześnie przed mojemi oczami przechodziła mądra psychologiczna polityka Francji, pozostającej oko w oko z Islamem, Islamem obudzonym i ponurym; piękne miasta Rabat, Kazablanka, Oran, Algier, Tunis, Konstantyna; koleje, drogi automobilowe, szpitale, szkoły, autobusy, samochody, przecinające