Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bardzo! — odpowiedział przybyły. — Wstawaj i wychodź!
Po chwili Włoch, naciągając na siebie ciepłą chińską kurtę, zjawił się na progu, lecz w tejże chwili czyjeś ręce schwyciły go za gardło, zdusiły krzyk przerażenia i zakneblowały usta. Jeszcze parę minut szamotania się i związanego Włocha grupa przybyłych niosła w stronę baraku, gdzie przez szpary w okiennicy przebijała smuga światła.
Wniesiono jeńca do pokoju i położono na pryczy. Oświetlono mu twarz lampką. Któryś z grupy podszedł do niego i rzekł:
— Włochu Alberti, należałeś do Komuny Złotej Rzeki. Całą zdobycz podług naszej ustawy dzielimy pomiędzy sobą w równej części. Nikt nie dostaje więcej, nikt — mniej. Panuje tu sprawiedliwy podział, gdyż wszyscy sprawiedliwie i z całej siły pracują. Ty zaś wczoraj i dziś schowałeś złoto w podeszwach swoich trzewików...
Mówiąc to, podpruł Włochowi miękką podeszwę i wysypał na pryczę kilka kawałków złota.
— Zdradziłeś komunę i okradłeś ją. Podług naszego prawa, za kradzież, morderstwo, zemstę w okresie wspólnej roboty jest jedna tylko kara — śmierć! Wyrok cięży na tobie.
Lampa zgasła. Z ciemności dochodził ciężki oddech skazanego. Wkrótce trzech ludzi poniosło go w stronę opuszczonego już szybu, gdzie roboty, po wydobyciu wszystkiego złota,