Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dzisiejszy dzień dał jeden pud, trzydzieści trzy funty złota. Rozkaz dzienny na jutro pozostaje bez zmiany. Tylko przyspieszyć roboty, bo mamy mało czasu!...
Z gwarem i śmiechem rozchodził się cały tłum po koszarach na spoczynek nocny. Niewielkie grupki pozostały jeszcze przy stołach i prowadziły cichą pogawędkę, dzieląc się wrażeniami z dnia ubiegłego, lecz gdy dzwon uderzył poraz drugi, wszystko ucichło i znikło po domach. Zgasły migotliwe płomyki lampek olejnych, tylko z cichym szmerem miękkich chińskich trzewików sunęły pomiędzy domami straże, zbrojne w karabiny i rewolwery.
Około północy grupa ludzi zbliżyła się do jednej z szop. Któryś z przybyłych wszedł do ciemnego baraku, zapalił lampkę i zaczął świecić nią w twarz śpiących na pryczach ludzi. Nareszcie nachylił się nad jednym z leżących i trącił go w bok. Śpiący obudził się i zaczął przecierać oczy.
— Kto to? — spytał sennym głosem, przeciągając się.
— Wstawaj, Alberti — brzmiała odpowiedź. — Mam do ciebie ważny interes.
— Nie możesz w dzień powiedzieć? Trzeba koniecznie budzić w nocy? Jestem zmęczony amico! — mówił łamanym rosyjskim językiem Włoch, głośno ziewając. — Czy coś bardzo nagłego?