Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wody, która z grubej glinianej rury biła w bok wąwozu, wyrywając całe warstwy ziemi i piasku i unosząc to na dół na dno, gdzie były ustawione szerokie rynsztoki, kierujące mętną wodę do przeróżnych maszyn. Tu, za pomocą tych maszyn, zatrzymywano złoto, tak zazdrośnie ukrywane przez naturę w głębi ziemi.
W innych wąwozach ludzie pracowali w szybach lub ortach. Kopali nowe głębokie tunele w spadkach górskich, toczyli ciężkie wózki z ziemią złotodajną i zrzucali ją około maszyn dla przemywania i wydobywania złota i oczyszczania go od ziemi, piasku i drobnego żwiru z łożyska rzeki.
Na terenie tych robót uwijali się dozorcy, dając wskazówki i przyspieszając bieg pracy. Od czasu do czasu niektórzy robotnicy oddalali się od maszyn, unosząc woreczki z żółtej, nie wyrobionej skóry, obwiązane cienkiemi rzemykami, pełne złota, które w pewnym okresie czasu zdejmowano z maszyn i odnoszono na skład. Czasami przy maszynach rozlegał się wesoły okrzyk:

— Fart! Fart![1] — Oznaczało to, iż z pośród kamieni, które niosła ze sobą struga szybko płynącej wody, wyłowiono spory, nieraz ważący po kilka funtów kawał złota. Czasami ten sam okrzyk rozlegał się w szybach, gdy kilof lub rydel pracującego natrafił na duży kawał złota,

  1. Szczęście.