Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiedyś tu zawitać raczą. A z przywódcą sam się rozmówię.
Podszedł do leżącego osobno Kozaka i zaczął mu się uważnie przyglądać.
— Dzień dobry, przyjacielu! — burknął. — Przyszedłeś po śmierć, boś się wygadał. Uczciwie to z twej strony, więc prędko się z tobą tu załatwią. Bądź spokojny...
Podczas, gdy rozlegały się krzyki sumiennie obijanych Kozaków, jakiś Chińczyk, na rozkaz wysokiego człowieka, rozwiązał przywódcę i poprowadził go w stronę krzaków, w których wkrótce znikli obaj. Po chwili powrócił tylko Chińczyk.

II.

Bliżej źródeł Tinza-ho od paru lat stała duża osada, złożona z pięciuset długich szop. Tłumy ludzi kręciły się wszędzie. Jedni majstrowali około domów, przyrządzali strawę w olbrzymich kotłach, znosili mąkę, sól, jarzyny; inni robili cegłę i gliniane rury i zwozili w taczkach do kilku wielkich pieców, przy których pracowali robotnicy, dorzucając na palenisko węgiel kamienny, biorąc go z grubego pokładu, czerniącego się pośród skał. Jednak największa część ludności tej tajemniczej osady pracowała w innem miejscu. O parę kilometrów na wschód od osady zauważyć można było olbrzymią strugę