Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaklął i poprowadził dalej swój oddział. Nagle z krzaków wypadło dwóch Chińczyków. Szlochali i krzyczeli w niebogłosy, wygrażając komuś pięściami.
— Stój! — zawołali kozacy. — Czego wyjecie?
— Chwała Bogu! Chwała Bogu! — ucieszyli się Chińczycy. — Przyszli dobrzy ludzie, uwolnią nas z rąk tych zbójów.
— Jakich zbójów? — pytano, ze wszystkich stron otaczając Chińczyków.
— Jest tu naczelnik, taki wysoki i chudy — objaśniali — silny i zły, jak sam djabeł. Złapał dziś pięćdziesięciu Chińczyków na pracy w szybie, bo to niedziela i nie wolno pracować, i kazał ich obić. Będziemy po zachodzie słońca torturowani, ratujcie nas, ratujcie, dobrzy ludzie!
— Dobra nasza! — zawołał stary kozak. — Weźmiemy Chińczyków, to więcej nas będzie. Wołaj swoich, niech przychodzą!
Chińczycy znikli i w kilka minut potem przyprowadzili cały tłum swoich rodaków, wymachujących drągami, kilofami i siekierami i radośnie witających przybyłych Kozaków.
Zaczęły się narady nad tem, z jakiej strony najwygodniej uderzyć na osadę i rozpytywano, gdzie mieszka wysoki, chudy człowiek, który wzbudził taką nienawiść w nieszczęśliwych skazanych na chłostę Chińczykach. Ci tymczasem zamięszali się w szeregi Kozaków, wprowadzili