Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nocnej Chałchi, spotkałem tę znaną nam w miastach rozpustnych, rozpasanych, torturę namiętnej zazdrości, nienawiść w sercu, pałającym miłością, i, być może, dążący już w zmroku buntującej duszy — niesprawiedliwy, krwawy wyrok...
Nazajutrz gospodarz zaprosił mnie obejrzeć jego tabun, który pasł się w górach o kilka kilometrów za klasztorem.
W drodze był milczący, aż wreszcie podjechał do mnie i wybuchnął:
— Pan tak rozumie potrzeby ludzkie i ich dusze! — zawołał. — Ratuj pan nas! Ratuj, gdyż inaczej zginiemy!...
I opowiedział mi zwykłą historję, powiedziałbym banalną, gdyby nie to, że zdarzyła się w tak dziwnych i tajemniczych miejscach, jakiemi są te potworne stepy mongolskie, gdzie, prawie widzialny błąka się ponuro-szkarłatny cień Szatana.
Dymitr powrócił do Mureń po wojnie z Niemcami i zastał Tatjanę bardzo zmienioną. Ucieszyła się na jego widok, otoczyła go zwykłą opieką i ciepłem domowem, lecz wesołość jej znikła. Nocami często wzdychała i płakała pokryjomu, a bladła z dnia na dzień. Od chińskich kupców dowiedział się, że gościł tu u Tatjany przejezdny kupiec z Rosji, spędził kilka dni i odjechał. Podejrzenie i zazdrość ogarnęły Dymitra i coraz bardziej dręczyły go...