Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kie nasze poniszczone rzeczy naprawiła czyjaś niewidzialna ręka, w tobołach naszych znaleźliśmy wełniane rękawiczki, pończochy, pudełka z igłami i nićmi, blaszanki z solą, kakao i konserwami i dużo drobnych przedmiotów, świadczących, że ofiarodawca czynił to z wielką serdecznością. Na nic się nie zdały nasze protesty. Teternikow i jego żona i słyszeć nie chcieli o zwrocie przez nas tych drogich upominków.
A były to prawdziwie drogie rzeczy. Zrozumieliśmy to później, gdyśmy przechodzili zachodnią część Gobi i wkroczyli do Tybetu. O wtedy nieraz upominki Teternikowych ratowały nas od głodowej śmierci, gdyż koczownicy, wrogo dla cudzoziemców usposobieni, na razie nie chcieli sprzedawać nam baranów ani byków, lecz później nie mogli się oprzeć pokusie, gdyśmy ofiarowywali im igły i nici, które z chwilą bolszewizmu w Rosji i wojny w Mongolji znikły śród tubylców.
Przeżywszy trzy dni w Mureń-Kure, staliśmy się świadkami dramatycznych wypadków.
Bolszewicy od strony Kosogoła, a także z obwodu Selengińskiego wtargnęli do Mongolji i wolno posuwali się na południe. Wszyscy rosyjscy koloniści, rozrzuceni po całym kraju, zaczęli uchodzić przed nimi i gromadzić się z rodzinami i dobytkiem w klasztorze Mureń, jako najbliższem zaludnionem miejscu.