Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i zimne dreszcze przeszywały całą istotę, a sprawiający ból chłód ściskał za serce.
Przysłonił sobie oczy dłonią, łzy biegły mu przez palce, aż przeszły te łzy w ciężkie, wstrząsające łkania. Łkając, zaczął chwytać się za czoło i pierś, aż upadł na fotel i jął wyrzucać urwane słowa skargi, miłości, wołania... tęsknoty beznadziejnej.
Nareszcie łkania ustały. Długo chodził Kowal po pokoju w ciężkiej zadumie, wreszcie siadł i już zrezygnowany napisał znów do ojca Wandy.
Prosił, aby podziękować byłej narzeczonej, za to, że miłością ogrzała, oświeciła i uszlachetniła całe jego życie, które nie przejdzie bezbarwnem i bez treści, nie będzie życiem dla niego, Piotra Kowala, lecz — dla innych, bo kochać ludzi, świat cały, rozumieć piękno życia nauczyła go miłość do Wandy.
Wieczorem tegoż dnia doktor Kowal wyjechał na Syberję...

VIII.

Przyjechawszy do Irkucka, Kowal stawił się u generała Korfa. Ten spotkał go z wielką radością.
— Winszuje, winszuje doktorowi powodzenia! Już o wszystkiem wiem. Zagraniczna podróż! Przyszła znakomitość! Jakże się cieszę! Mam dla pana niespodziankę. Wyrobiłem za ten czas