Strona:Antoni Lange - Róża polna.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niego bardzo rozżalona, że i opuścił tak nagle, bez wyjaśnienia.
— Bez wyjaśnienia! — zawołałem. — Wyjaśnienie tu niepotrzebne. Ona wie doskonale, dlaczego to się stało. I cóż dalej owa maska?
— Owa maska zniknęła i odeszła. Ale w parę chwil potem inna maska zbliżyła się do mnie i rzekła: Jeżeli zobaczysz p. Stanisława — to powiedz, że mu Łącki się kłania.
— Łącki! toż ironia bezczelna — to wyzwanie umyślne!
Tak się nazywał człowiek, o którym nic pewnego nie wiedziałem, ale którego raz zastałem u Emilji. Właśnie miał wychodzić; widziałem go w przedpokoju; była szara godzina i nie mogłem dobrze rozróżnić jego twarzy. Ale zapamiętałem nazwisko; co ten człowiek robił u Emilji — nie wiem; był to podobno administrator jakiegoś majątku w Lubelskiem, gdzie Emilja miała pewne sumy.
Tak mi mówiła Emilja i nie miałem żadnego powodu wątpić o prawdzie jej słów. Nie podobało mi się tylko, że go Emilja przyjmuje prawie pociemku; jakiś czas milczałem o tem, lub dalekie ironiczne aluzje na ten temat robiłem; nakoniec owego wieczora rzuciłem jej w twarz to nazwisko — i wyszedłem. Jeżeli nieznajoma maska naraz tosamo nazwisko wspomniała — i to natychmiast po słowach drugiej maski, która mówiła o Emilji: to znaczy, że pomiędzy jedną a drugą osobą istniał jakiś związek i że coś w tem było. Ale co? I gdzie znaleźć tego Łąckiego, aby rzecz wyjaśnił?
Postanowiłem tegoż wieczora iść na maskaradę — w sali Włoskiej, gdzie właśnie Michał Z. miał owe dwa tajemnicze spotkania.
O ile mi było wiadomo, Łącki nie mieszkał w Warszawie: jeżeli jednak o nim wspomniano, to znaczy,