Strona:Antoni Lange - Róża polna.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O ile wiem! mąż tej pani nie zna zupełnie jej tajemnicy. Sądziłem, że to właśnie on — i miałem szczery zamiar porozumieć się z panem w sprawie rozwodu lub czegoś w tym rodzaju. Żałuję bardzo, żeśmy obaj padli ofiarą pomyłki, a zwłaszcza pan...
— O, to bagatela — rzekłem i prosiłem cnego gospodarza, aby się wywiedział, który Łącki jest zarządzającym jakiejś cukrowni, w której pani B. posiada kapitały.
Byłem już zupełnie uleczony, gdy po paru dniach zjawił się we dworze w Skaliskach jegomość, siwy jak gołąb, który mi się przypomniał, jako znajomy, i istotnie przemawiał głosem znajomym.
— Proszę pana dobrodzieja, a to niebo pana tu sprowadza. Bo to mama p. Emilji ma u nas w cukrowni kapitały i właśnie mam tu dla niej 1631 rb. i 17½ kop. Ja pana znam, bo pana kiedyś u niej widziałem, a właśnie mi pan Hieronim ze Skalisk pisze, że pan tu jest i to ja w te pędy do pana — i proszę się pokłonić ode mnie pannie Emilji do nóżek, ho to ja przecie znam ją od małego dziecka, choć to była zawsze osóbka samowolna i uparta, oj, uparta, że niech Bóg broni.
— Taką też została — pomyślałem sobie.
Zapewniłem staruszka, że wszystko zrobię, co należy. Pani matce przesłałem ukłony.
Z gospodarzem wielce się zaprzyjaźniłem i obiecałem mu zbadać jego tajemnicę.
Przybywszy do Warszawy, natychmiast udałem się do Emilji, której wręczyłem pieniądze. Z początku byłem bardzo oficjalny, ale pod czarem jej osoby wszystkie lody pękły, a była dziś tak rozkoszna, jakby i mnie i siebie chciała wynagrodzić za te parę smutnych miesięcy. Po godzinie leżałem u jej nóg i błagałem o przebaczenie.