Strona:Antoni Lange - Róża polna.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak to? — A więc — jeżeli wolno zapytać — o kogo się pan upomina w tej sprawie?
— O pannę Emilję B...
— O pannę Emilję B... z Burzanów?
— Pan ją zna?
— Ze słychu, ponieważ należy do znanej rodziny — ale osobiście nie mam zaszczytu — i nigdy jej nie widziałem.
— A więc właściwie — to ja niesłusznie wystąpiłem do pana z pretensją...
— W każdym razie żadnej winy nie mogło być z mojej strony.
— A zatem...
Pomimo bólu zacząłem się śmiać i podałem Łąckiemu rękę.
— A zatem będę musiał szukać satysfakcji gdzieindziej. Ale gdzie?... Nazwisko to samo...
Opowiedziałem mu całą sprawę od początku: wizytę Łąckiego u Emilji, zerwanie, maskaradę, moje poszukiwania, decyzję ostateczną aż do chwili przyjazdu tu do Skalisk.
— Ale dlaczego pan tak odrazu się zgodził na moje wyzwanie? I co mi pan tu coś opowiadał — dziękował — — —
— Ponieważ widzę, że mam do czynienia z człowiekiem honorowym, więc sub rosa opowiem panu moją historję. Przed półrokiem jadąc z Kijowa do Warszawy, zapoznałem się z czarującą kobietą. Wiem o niej wszystko oprócz nazwiska. Korespondujemy poste restante — pod znakiem posiadacza pewnej monety bankowej numer taki a taki. Owóż wyznam, że oddawna chciałbym wiedzieć jej nazwisko, ale nie chcę prowadzić śledztwa, żeby jej nie skompromitować. Nie mogłem żadną miarą zbadać tej sprawy.