Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z czołem ozdobnem w ciemne kamienie ogniste,
Sędziwy Maharadża, król ludów szlachetny,
Niby Indra słoneczny, promienisty, świetlny —
Przed warangą, gdzie święte modlą się braminy,
Zatrzymuje się w gronie rycerskiej drużyny.

„Riszi, devasom miły, — rzecze — mędrcze stary,
Ty, który-ś wyrozumiał chwil płynących miary,
Słuchaj mię: serce moje chmurna mgła zatrważa,
Bogi mię obraziły, jak Sudrę nędzarza.
Ja im ludzką ofiarę składałem w pokorze,
Bramin wznosił już rękę, zbrojną w święte noże,
Gdy bogi, zdjąwszy ciało ze słupów ofiarnych,
Chwałę mą zamroczyli w swych zamysłach karnych.
Obiegłem lasy, góry, miasta i równiny,
Aby znaleźć człowieka, wolnego od winy,
Coby krwią swoją obmył błąd mój mimowolny,
I świat od gniewu bogów oczyścić był zdolny.
Bo Indra na me gorzkie łzy nielitościwy,
Wyschłej ziemi odmawia kropli deszczu żywej,
I żary jego zemsty wypalę nam ziemię,
A głód srogi wytępi całe ludzkie plemię!
Lecz dotąd mi człowieka brak przeznaczonego.
Dzieci twoje są liczne. Daj mi najstarszego,
A ja, dziękując tobie, Riszi, najgoręcej,
W zamianę i w nagrodę dam krów sto tysięcy!“

Rzecze bramin: — „Nagrodą nie znęcisz bramina.
Nie ustąpię ci, królu, najstarszego syna.
Na tego, co się kryje w wszechrzeczy pozorach,
Co się porusza w mózgach i świata przestworach,
Gdyby ziemia, jak listek wichrami pomięty,
Miała skonać w agonii i spłonąć na szczęty