Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lub jako gdy w falę znów fala się wlewa, —
Tak rycerz, ściśniony tłumami, omdlewa.

Napróżno się Kadosz obronnie w tył chyli,
Wrogowe żelazem mu piersi przeszyli,
I ten, co go dotąd nie pobił nikt w boju,
Od miecza Dytrycha upada w krwi zdroju.
I Bela, tłumami otoczon dokoła,
Choć zwinnie odpycha grot wrogów od czoła,
Lecz w końcu samotny, podobny do wieży,
Raniony upada i martwy już leży.

Nie prędko, ach, ujrzą te łąki, te kępy
Tak dzielne, tak piękne rycerskie zastępy.
Nie prędko, nie prędko się tu zazieleni
I kwiecie i trawa na pustej przestrzeni.
Szeroka dolina pod kopyt napadem,
Pod wojsk niezliczonych potężnym stóp śladem
Powiędła i wyschła. Gdzie Hunny stąpali,
Tam trawa nie rośnie w pobliżu, ni w dali.

Sto tysięcy Hunnów poległo tu w chwale,
Dwakroć tyle wroga w krwi leży i w kale.
Niewrogi i wrogi — zmięszani w dolinie,
I falą czerwoną krew razem ich płynie.
Kto tutaj zwycięzca, a kto zwyciężony?
Osłabły jednako obydwa legiony.
Pobity z zwycięzcą zmęczeni — i bledną —
I stali się masą bezwładną — i jedną.

A walka śmiertelna wciąż trwa nieustanna,
Aż zorza na niebie zabłysła poranna.