Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z sadzy nocnych obłoków pokrywę.
Albo też jak, gdy płomienie żywe
W ciemnej kuchni błysną od komina —
I gdy mopsa chłód męczyć zaczyna,
A wielmożna pani wstaje z łoża
I do izby zawoła czeladnej:
— „Andziu, Andziu — wstań, zbudź się! czas ładny
Rozpal ogień! Szybko! Już lśni zorza!“
Andzia wstaje — czesze warkocz złoty,
I półsenna idzie do roboty,
I natychmiast krzemieniem i stalą
Pocierają hubkę, aż rozpalą,
Hubką żarzą krzesiwo; krzesiwem
Palą słomę; słomą wiązkę drzewa,
Aż zapłonął komin ogniem żywym
I mopsowi brzuszek wnet ogrzewa.
Więc powiadam, jako od płomieni
Zajaśniała kuchnia pośród mroku,
Taka radość blaskami się mieni
W bohatera mego smutnem oku,
Kiedy wołał: Mam! Ciekawy świecie!
Ty się pytasz: Cóż ma? powiedz przecie.
Więc posłuchaj, o ciekawy świecie!
Lutnio moja, śpiewać ci wypada,
Co on ma? Gdyś pierwej smutna, blada
W bohatera mego los patrzała,
I twarz twoja czysta, idealna,
Włzach boleści gorzkich się kąpała: —
Teraz na niej radość tryumfalna,
I łez szczęścia perły bez pochyby
Twarz twą w jednej orosiły chwili,
W jednej chwili błysnęłaś, jak gdyby