Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tam,
Gdy skwarny wieczór mrze u morskich tam —
Słychać jeszcze zgrzyty kół;
Ktoś niewidzialny na górę i w dół
W tajemniczych porusza je rękach,
Gdy równolegle na czółenkach,
Co w odległości toczą się jednakiej —
Od kresu po kres drogi — niezmiennemi szlaki
Wciąż wiją się konopie — niby długi wąż —
W dzień i w noc — nieustannie — wciąż, a wciąż, a wciąż!

Słabą je ale zwinną jeszcze ręką, mota
Starzec, trwożny, że zgasi owę trochę złota,
Co w trud mu wlewa słońca promień zachodzący.
I tak — wzdłuż domów i murów —
Siwy powroźnik jasnowidzący
Przyciąga widnokręgi — rzekłbyś, mocą sznurów.

Oto są widnokręgi — oto są ich zdroje:
Żale — wściekłości — nienawiści — boje,
Łzy milczenia — krzyku łzy,
Widnokręgi przeszłych dni,
Pogodne i rozwichrzone,
Przeszłości dzieje wskrzeszane.

Niegdyś — było to życie błędne, lunatyczne,
Płynące śród wieczorów i ranków świetlanych,
Gdy boża dłoń do krain wiodła obiecanych
Swój lud, paląc mu ognie w ciemności magiczne.

Niegdyś — było to życie, wielką burzą wzdęte,
I dziko zawieszone u kopyt rumaków,