Strona:Antoni Lange - Nowy Tarzan.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stym deszczem padały w nieskończoność — i nawet na naszą ziemię trafiały.
Płaczą, bo widzą, jako ta ziemia jest nieszczęściem, nędzą, smutkiem, wojną, bratobójstwem, ciemnotą. Zło nietylko na niej nie znika, ale owszem jest coraz potężniejsze, coraz się bardziej panoszy, coraz się bezczelniej nad ludzkością unosi — i wszystkie próby jego usunięcia nietylko zła nie usuwają, ale rodzą nowe zło, jak ten bajeczny smok stugłowy, co to mu łeb odrąbany ciągle odrasta.
Patrzcie — oto jest motyl srebrnoskrzydły, który wskazuje na tę kobietę, co była niegdyś piękna i miała zostać matką genjusza-bohatera, wybawcy ludów i światłonoścy prawd wiecznych — i dla igraszki odrzuciła tę wielkość i tę piękność.
Dusza mieszkańca Adżaty mówi:
— Nie zstąpiłem na ziemię, nie urodziłem się z łona tej, co miała być moją matką, albowiem nie było w niej miłości. Ona po różach stąpa, w wonnościach się kąpie, jak królowa ukazuje się wszędzie, gdzie bywają tłumy ludzkie, które czołem kornie przed nią uderzają; ona zaś, zawsze uśmiechnięta, szczęśliwa, dumna, przyodziana w jedwabie i adamaszki, kroczy nieświadoma popełnionej zbrodni, iż nie dopuściła do mego wcielenia na ziemi.
I nietylko ja jeden, ale setki są takich, co się na ziemi nie narodzili, a jeżeli się narodzili — przyszli w porze niewłaściwej i żyli nie w swoim czasie, nie w swojej ziemi, ale gdzieś indziej, zdaleka, w innym