Strona:Antoni Lange - Nowy Tarzan.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gdzie jesteś, mój ojcze? gdzieżeś ty, moja matko? Gdzie jesteście, abym mógł z waszego uścisku objawić się na ziemi? Gdzie ten uścisk czysty, świetlany, prawdziwy?
Inne zaś czyhają jeszcze niebezpieczeństwa na genjusz twórczy. Są bowiem tacy, którzy by w związku swoim mogli urodzić bogów, ale nieraz się zdarza, że jedno i drugie znajdują się na dwóch krańcach planety i nigdy się nie spotkają; albo spotkają się na chwilę, spojrzą na siebie, coś przeczuwają, ale wkońcu się rozchodzą dla tych czy innych powodów; albo zdarzyć się może, że on się jeszcze nie urodził, ona zaś już umarła lub naodwrót — i tysiące innych może być przyczyn, dla których ci przeznaczeni do stworzenia bogów nie łączą się ze sobą.
Tak paraliżuje się rozpęd duszy, która z tej gwiazdy dalekiej już na ziemię zejść miała — i wtedy nieurodzeni bogowie płaczą.
Są tacy, którzy choć się łączą z sobą, sami unicestwiają nowe pokolenia — i znowu płaczą bogowie, bo nie mogą zejść na ziemię.
Są tacy, którzy mogliby stać się ojcami bogów, ale napotykają serca kamienne, lekkomyślne, zmienne, fałszywe, a których ta lodowatość popycha w głębiny fal lub im podsuwa kielich trucizny. Śmierć przeważa miłość.
Ta jedyna, któraby mogła zostać macierzą nowego człowieka, wyższego człowieka, ojca nowej rasy, przez swe odchylenie od prawdy nie dopuściła do