Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc, gdy Sawitri słyszy to,
do męża zwolna się przybliża,
Na pierś swą kładzie jego skroń —
i z nim ku ziemi się uniża.
Wówczas Narady wieszczy głos
rozważa w duszy pokutnica,
Że dzień wyroczny, chwila, czas
i mgnienie już się to przemyca.
I naraz ujrzy: przed nią stał
mąż strojny w szaty purpurowe,
Promienny jako słońca łuk,
wieniec mu kwietny zdobił głowę.
Cerę miał ciemną, w oczach skry,
sznur w dłoni, w koło budził strach:
U Satyawana boku stał,
patrząc nań okiem w złotych skrach.
Gdy go ujrzała, wstanie wraz:
głowę małżonka składa zwolna,
Skrzyżuje ręce, potem tak
powiada — wstrzymać łez niezdolna.
— Poznaję ciebie, tyś jest bóg!
iście to postać nie człowieka!
Czyń łaskę, boże! Ktoś-ty mów,
i co tu nas od ciebie czeka?

Jama.

Sawitri, najwierniejsza z żon,
dla męża pełna cnej pokuty:
Słuchaj mię, powiem ci, ktom jest!
Jam władca śmierci, Jama luty!
Satyawan, wiedz, małżonek twój,
życie zakończył już ów książę.
Przybywam, by go z sobą wziąć,
skoro go sznurem swoim zwiążę!

Sawitri.

Słuchaj, o święty, przyjdą tu,
aby go związać twe pachoły —
Napewno, panie! Czemuż sam
raczyłeś zejść na te padoły?