Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czy mógłbyś zmienić słowa swe
i rzecz mi insze słowa, panie,
Niż to coś do mnie wtedy rzekł,
gdy stali wobec nas niebianie?
Nie poza czasem jest nam śmierć
postanowiona, ludzki lwie!
Bo, gdyś kochankę rzucił swą,
ona bez ciebie schnie i mrze!
Lecz dosyć żartu, radżo, dość!
Ty, byku ludzki, sługo praw,
Patrz, duszę moją więzi strach!
słuchaj, o panie, zjaw się, zjaw!
O królu dobry — patrz — o patrz!
ja widzę cię — o! — tam! Naiszada[1]
Ukryty stoi w cieniu drzew,
o czemuż mi nie odpowiada?
O, biada, radżo! o, to grzech —
że mnie, com przyszła w te gęstwiny —
Mnie zrozpaczoną, mnie bez sił —
ty nie pocieszysz, o jedyny.
Ja nie nad sobą płaczę już,
ach! nie boleję już nad niczem —
Lecz ty co zrobisz, będąc sam?
ja płaczę nad swym królewiczem.
Jakże spragniony, królu mój,
jakże zgłodniały i znużony —
Wieczorem u korzeni drzew
uśniesz, nie widząc swojej żony? —
Wreszcie od strasznych blada mąk
i niepokojem gorejąca,
Jęła wylewać gorzkie łzy,
biegając tam i sam bez końca.
Już to więc biegnie tam i sam,
już to upada od goryczy,
Już ją przejmuje sztywny strach,
już to niemieje, już-ci krzyczy.
I przepalona smutku łzą —
powoli dysze skołatana —

  1. Naiszada — król Niszady tj. Nal.