Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A gdy skryjesz się przedemną,
Ja u drzwi się twych położę:
Czy w dzień jasny czy w noc ciemną —
U twych drzwi — ja chcę umierać.

Me ostatnie słowo, Boże,
Jakież będzie? Ach, jej imię!
Toć inaczej być nie może.
Z tem ja słowem chcę umierać.


V.

Moje oko jest po to, aby twe promienie
Miały zwierciadło;
Moje łono jest po to, by twe objawienie
W głąb mą zapadło.


VI.

Sąd wasz o mnie zbyt ostry, zbytek w nim pośpiechu —
Bo chociaż błądzę, alem jest czysty od grzechu.
Toż kiedy Bóg mnie tworzył, jakiś anioł płochy
Na wskroś przesączył winem me drzemiące prochy.
Gdy więc schnę — szukam rzeczy, która mnie odświeży.
Jasne, jakiej wilgoci użyć tu należy.
Na nic tu chłodna fala z rzecznej głębi sinej.
Konieczne tu ogniste winnych gron rubiny.


VII.

Zieleniejem i więdniejem
Jako lichej trawy źdźbło:
Szczęście zwija się, przemija —
Kruchsze niby szkło.

Niech zabłyśnie mi kochanka,
Choć na krótkich parę mgnień:
Jestem jak mydlana bańka —
Pełna barw i drgnień.