Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle z poza kotary rozległy się okrzyki zachwytu i głośne klaskanie w dłonie. Aziza, jak strzała, rzuciła się do swego ubrania, i w jednej chwili szeroki burnus ukrył jej zgrabną postać, a haik[1] spadł na twarz i wysoką pierś.
Kotara się odsunęła i wszedł stary kadi. Śmiejąc się chytrze i przekornie, rzekł:
— Kobiety! Źle zapuszczacie zasłonę w swoim pokoju. Oczy mężczyzn dojrzały was. Szczególnie zaś ciebie, Aziza, w twoim pięknym tańcu...
— Podług prawa — odparła Aziza — prawowierny muzułmanin, widząc nieszczelnie opuszczoną zasłonę, powinien, nie zaglądając do wnętrza pokoju, zasunąć ją.
— Mówisz zawsze, jak „alem“ lub „taleb“ — zaśmiał się starzec. — No, ale to dobrze się stało, że jeden człowiek widział ciebie.
Z temi słowy odprowadził Aziza do okna i rzekł do niej:
— Jest tu Saffar el Snussi... Nie znasz go, lecz on przypadkowo spotkał Rasa i ma od niego polecenie do ciebie...
— Od Rasa! — wykrzyknęła Aziza i zachwiała się na nogach, widząc, że wszystko zaczęło kołować i drgać przed jej oczami. Była zmuszona oprzeć się o framugę okna. Kadi, zauważywszy to, zaczął szeptać jej do ucha:

— Nikomu nie mów o tem, com ci powiedział, bo boję się zemsty kaida dla siebie i dla ciebie... Później urządzę ci spotkanie z tym człowiekiem, a teraz baw się, śpiewaj i tańcz. Zdaje mi się, że prędko będziesz szczęśliwa i wszystkie kobiety będą ci zazdrościły...

  1. Zasłona na twarzy.