Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Była to kwadratowa wieża, ozdobiona piękną, błyszczącą i barwną mozaiką. Na szczycie świeciły się i połyskiwały trzy duże, złociste kule, dokoła nich latały, do białych obłoczków podobne, gołębie i czarne, niby kamienie, ciskane niewidzialną ręką, szpaki.
— Stoimy przed meczetem i minaretem Kutubia! — zawołał z zachwytem w głosie Soff. — Potężny sułtan Jakub el Mansur[1], który panował nad całym Mahrebem, siedząc na tronie swoim w Hiszpanji, kazał wznieść ten minaret swemu ulubionemu budowniczemu, gdy ten skończył piękną wieżę Dżiralda w Sewilli. Dostojna małżonka sułtana ofiarowała swoje klejnoty, aby włożono je do szczerozłotych kul na wierzchołku minaretu z zaklęciem, które znała ta kobieta, pochodząca z dalekiej krainy Mzab. Od tej pory dżinny mają tam na szczycie baszty swoją siedzibę i bronią skarbów, ochraniając całą świątynię od wężów i złego oka. Nawet „naja“ nie może zaszkodzić człowiekowi, który znajduje się w meczecie Kutubia...
Długo jeszcze opowiadał Soff swemu towarzyszowi o Kutubia, owianej staremi legendami i tajemniczemi gadkami ludowemi.
Po zwiedzeniu wspaniałej świątyni przyjaciele wpadli do fonduka, posilili się i znowu wyszli na miasto.
— Zaczynamy interes! — mruczał Soff, mrużąc swoje zezowate oczy. Oby Allah dopomógł nam! Nie zapomnij nałożyć na piersi talizmanu, który ci zalecałem.

W pobliżu Dżema el Fna towarzysze się rozstali. Ras, obładowany koszami z wężami, poszedł dalej sam, od czasu do czasu uderzając w duży

  1. Zdobywca.