Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Lecz ja przegrałem wszystko! — zawołał Berber, łamiąc sobie ręce w rozpaczy. — Muszę się odegrać, lub poderżnę sobie gardło...
— Idź! — rozkazał Ras. — Resztę ja załatwię!
— Czyje imię mam wspominać podczas modłów o wschodzie i zachodzie słońca? — nieśmiałym głosem pytał Berber.
Ras znowu się zamyślił. Chciał powiedzieć swoje prawdziwe imię, gdyż wiedział, że modlitwa za niego miałaby w takich warunkach posłuch u Allaha, lecz obawiał się zdradzić, więc odpowiedział:
— Dziękuję ci, Ibrahimie el Andaloci, za dobre chęci, lecz mów tak: „Allah Muntakim[1], spraw, aby zapłonęło ognisko twego Abda!“
— Uczynię, jak rozkazałeś, Sidi! — zawołał nisko się kłaniając, Berber i wyszedł.
Za nim podążył Ras. Na dziedzińcu tłoczyli się wylękli gracze. Nikt z nich nie podszedł i nie przemówił do przechodzącego Berbera. Patrzyli za nim i milczeli, objęci lękiem przed złemi dżinnami.
— Mumeni! — zwrócił się do nich Ras. — Z rozkazu Allaha, który poniża i wywyższa, odwołałem dżinnów od tego człowieka. Odleciały i teraz zgromadziły się przy majętności jego, czyhając na nowe ofiary. Strzeżcie się, mumeni, dotknąć rzeczy, należącej do Ibrahima el Andaloci!
— Już ja tam wygranych wielbłądów Ibrahima wyrzekam się! — zawołał Arab, szepcząc zaklęcie.

— Życie i zdrowie droższe od bogactwa! — dodał drugi. — Nie chcę brać swej części. Niech pozostaje przy Ibrahimie!

  1. Mściciel.