Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ny cofają się na jej widok, gdyż pełna jest dobroci i czystości serca...
Coś porwało Rasa. Ściskając pięści i zgrzytając zębami, stanął przed niefortunnym graczem i jął wyrzucać słowo po słowie, zaglądając mu w oczy.
— Jesteś wieprz nieczysty... Jesteś synem, wnukiem i prawnukiem kowala... Jesteś ohydny, jak rozwścieczony bazyliszek... Jesteś tchórzliwym szakalem... Jesteś... jesteś... skoro żonę zamierzasz stawiać na kartę, jak owcę lub wielbłąda. Pluńcie w oczy temu człowiekowi, mumeni, i pozostawcie go, gdyż przy nim widzę mściwych dżinnów obłędu...
Wszyscy porwali się w przerażeniu ze swych miejsc i jeden po drugim wymykali się z izby.
Pozostał tylko Berber. Z trudem podniósł się z posłania i podszedł do Rasa.
— Ktoś ty? — szepnął.
— Jestem Abd, zaklinacz wężów! — odpowiedział Ras.
— Jesteś jasnowidzącym, może marabutem[1], posiadającym siłę „tasaruf“[2] — wyszeptał Berber. Ujrzałeś to, co czuję od kilku lat. Dżinny co rok rzucają na mnie obłęd gry. Czuję to, a walczyć nie mogę. Ratuj!
Berber upadł Rasowi do nóg i ucałował połę jego burnusa.
Ras zamyślił się, lecz po chwili rzekł:

— W imię Allaha — groźnego Sędziego, przerwij teraz grę, a pomnij o żonie swojej, która, jakeś rzekł, jest czarą, pełną cnót. Oddać ją możesz dopiero, gdy serce ci bić przestanie w piersi, gdy dusza opuści ciało! Idź w spokoju, w imię Allaha!

  1. Żyjący święty.
  2. Władza nad siłami natury.