Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Śliczne gniazdko... śliczne gniazdko! — terkotała po hiszpańsku czcigodna seniora. — Chcieć jeść? chcieć pić?
Aziza zrozumiała, że chcą ją nakarmić i napoić, a że była istotnie głodna, skinęła głową w odpowiedzi.
Rozczochrana, obdarta Arabka przyniosła na tacy jakieś jadło i butelkę wina.
Aziza jadła nieznane jej potrawy, pełne pieprzu i octu. Krzywiła się, lecz jadła, bo głód dokuczał jej.
— Pij to wino! — ochrypłym, świszczącym głosem doradzała jej usługująca Arabka.
— „Święta księga“ zabrania pić wino, — odparła Aziza. — Nie będę piła, przynieś wody.
— Głupia! — zaryczała służąca. — Tu w „Alkazarze“ trzeba pić wino...
Aziza jeszcze nic nie rozumiała, gdyż nie wiedziała o istnieniu „Alkazarów“ i o życiu ich mieszkanek.
Napiwszy się wody, położyła się i usnęła, gdyż zmęczyła ją długa podróż na kołyszącym się wielbłądzie, w zaduchu namiotu i w zgiełku zajazdów, gdzie karawana zatrzymywała się na noclegi.
Obudziła ją sama senora Rita del Costagnarez, wystrojona w balową, wydekoltowaną czarną suknię i obwieszona złotemi łańcuchami, dużemi ciężkiemi kolczykami z pereł i turkusów, broszkami i innemi świecidełkami.
Aziza przeraziła się, zauważywszy smagłe ramiona i rozrosłe zbyt hojnie, uposażone przez naturę, piersi senory, wyłaniające się z wycięcia sukni.
— Gdzie mój mąż? — zapytała.
Hiszpanka nie mogła zrozumieć mowy góralki,