Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ci się coś przydarzyc. Tobie... tobie!... O, nie przeżyłbym tego!... Zasłoń twarz swoją, piękną jak oblicze hurysy Magul[1], którą spotkał w lesie cedrowym Alfarabbi, wielki mistrz gry na lutni! Nie rozmawiaj z żadną z kobiet, należących do karawany, bo spali mnie płomień zazdrości... Wybacz, Czar Aziza, moje śmiałe, szalone słowa!... Obłęd ogarnął moje serce i mój mózg... Lecz zduszę w sobie uczucie, zduszę! Wybacz mi, wybacz Czar Aziza! Twoja piękność silniejsza jest od rozsądku mego... Nie będę już nic mówił, wybacz zuchwałość twego niewolnika!...
Zeskoczył z konia, przywarł ustami do jej strzemienia i, łkając, całował stopy Aziza i tłukł się głową o żelazo.
— Sidi... — pocieszała go oszołomiona i wzruszona kobieta, — sidi dobry i nieszczęśliwy! Nie obawiaj się, nie męcz siebie czarnemi myślami! Nie gniewam się... Żałuję, żem sprawiła ci tyle bólu... Niech Allah pocieszy cię!...
— Niema dla mnie pociechy, gdyż prędko zgaśnie dla mnie słonce moich dni... Zgaśnie na zawsze!... — wołał w rozpaczy.
— Dlaczego? — pytała, nie rozumiejąc jego słów.
— Bo nie będę cię widział, Aziza! — wybuchnął. — Oddam cię Rasowi, a on, gdy się dowie o mojej miłości dla ciebie, stanie się moim wrogiem i zabije mnie...
— Sidi! — wyrwał się kobiecie okrzyk przerażenia.

— Tak! Tak! mówił, łamiąc ręce. — Nie będę się krył przed jego zemstą, nie będę się bronił!

  1. Jedna z legendarnych hurys.