Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Sidi!... Nie godzi mi się słuchać takiej mowy... — broniła się kobieta, rumieniąc się i zasłaniając sobie twarz połą burnusa.
— Wiem to! Wiem... — szeptał Saffar, mocniej tuląc ją do siebie. — Wiem, że źle, nieuczciwie postępuję wobec swego serdecznego przyjaciela! — Nie mogę jednak zapanować nad sobą! Wyrywają mi się słowa miłości i zachwytu, jak zrywa się burza na górach, gdy niszczy całe połacie lasu, zrzuca do przepaści skały i druzgocze cyple szczytów, co przetrwały setki pokoleń ludzkich. Nie mogę! Ginę! Biada mi!
Zasłonił twarz rękoma i zaczął cicho szlochać, drżąc na całem ciele.
Milczał teraz, uspakajając się powoli. Aziza ukradkiem spoglądała na piękną twarz Araba. Tyle rozpaczy i bólu dojrzała na niej, że aż żal ścisnął jej serce kobiece. Biedne serce, jednakie u niewiast wszystkich krajów i wszystkich ludów, czy białych, czy barwnych, czy przesiąkniętych cywilizacją, czy dzikich — jednakie, gdy słowa zachwytu i nieszczęśliwej, pokornej miłości mężczyzny, przesączą swój słodki jad i zatrują serce, sumienie i myśl kobiety niepokojem i przyjaznem współczuciem dla cierpiącego, a kochającego ją człowieka.
Saffar z jękiem wymownym otrząsnął się, niby zrzucając z siebie ciężkie brzemię, wylęknionem, pełnem skruchy wejrzeniem ogarnął całą postać Aziza, lecz natychmiast opuścił oczy i surowym głosem rzekł:
— Przyrzekłem Rasowi ben Hoggar, że cię odwiozę bezpiecznie do niego i — dowiozę, tak mi dopomóż Allah! Przystaniemy do karawany sidi Rutem ed Khar, gdyż będziemy mieli u niego opiekę i obronę w razie potrzeby. Zapłacę mu za to hojnie... Nie mam chwili spokoju, myśląc, że może