Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


każdy rys twej twarzy i opowiadać, opowiadać o tobie bez końca Rasowi ben Hoggar, memu serdecznemu przyjacielowi.
— Dobrze! Jak każesz, sidi! — szepnęła Aziza, odkładając zasłonę, której noszenie śród góralek Atlasu nie jest zresztą surowo przestrzegane. — Pytaj więc dalej! Co chcesz wiedzieć?
— Ras mi mówił, jak on cię nazywa, gdy miłość zapala płomieniem wasze serca. Powiedz, jakie imię śród pieszczot gorących daje ci twój mąż.
Aziza opuściła oczy, zawstydzona i zakłopotana, lecz po chwili wyszeptała:
— Płomykiem nazywa mię pan mój i mąż...
Arab porwał się z posłania i zawołał:
— Teraz już nie wątpię, że stoję przed najpiękniejszą z najpiękniejszych kobiet, przed Czar Aziza, żoną mego druha Rasa ben Hoggar! Pozdrawiam cię, piękna Czar w imieniu męża twego!
— O, sidi, — szepnęła Aziza, przyciskając ręce do piersi. — Niech Allah obdarzy cię największem szczęściem za to, coś uczynił dla mnie i dla Rasa, męża mego!
— Największego szczęścia już nie może mi dać nawet Allah, bo go zabrał Ras, mając cię za żonę, huryso raju! — z namiętnym wybuchem szepnął Saffar. — Jestem już szczęśliwy, że oglądam oblicze twoje, Czar Aziza, i słyszę głos twój, do dźwięku czarownej rbab[1] podobny.
Mówiąc to, zbliżył się i usiadł obok Aziza, dotykając swoją piersią jej ramienia. Pochylił się jej do ucha i, prawie muskając je ustami, szeptać zaczął:

— Jechałem przez góry i napadło na mnie trzech złoczyńców, leżałem zraniony i związany,

  1. Skrzypce, lutnia.