Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


byś tak mógł... wleźć w duszę! Gdybyś tak mógł wniknąć w psychologję!
Romansow pokręcił głową i splunął.
— Brudy... Tobie się zdaje, że ja, Romansow, sekretarz kolegjalny, jestem królem stworzeń... Mylisz się! Jam darmozjad, łapownik, obłudnik! Bydlę jestem!
Aleksy Iwanycz uderzył się pięścią w piersi i zapłakał...
— Zausznik, zdrajca... Myślisz, że Jegorkę Korniuszkina nie przeze mnie zredukowali? Co? A kto, pozwoli pan spytać, buchnął komitetowych 200 rubli, a potem na Surguczowa winę zwalił? Czy nie ja? Bydlę, Faryzeusz... Judasz! Lizus, zdzierca... swołocz!
Romansow wytarł rękawem łzy i zaczął chlipać.
— Gryź, żryj! Nikt mi póki żyję dobrego słowa nie powiedział... Wszyscy mnie w duszy za kanalję mają, a w oczy... nic prócz pochlebstw i uśmiechów! Choćby mnie raz kto w mordę zamalował i sklął od ostatnich! Żryj, psie! Gryź! Szarrrp straceńca. Jedz zdrajcę!
Romansow zachwiał się i upadł na psa.
— Tak, właśnie tak! Szarp mordalizację! Mała szkoda! Chociaż boli, a nie szczędź. Masz — i w rękę gryź! Aha! Krew idzie! Dobrze ci tak, drapichruście! Tak!... Merci, Azorku... czy jak cię tam? Merci... Futro też szarp. To i tak — łapów-