Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


frendzelkami jego szlafroka... Jednocześnie tłoczyli się w jego wyobraźni mrugający dwuznacznie koledzy biurowi i ekscelencja, parskający śmiechem, klepiący go po brzuszku... A wewnątrz, obok gryzącego sumienia, czuł coś pieszczotliwego, ciepłego, smętnego...
Asesor kolegjalny położył ostrożnie niemowlę na stopniu tarasu i machnął ręką. I znowu po jego twarzy z góry na dół jakby zaczęły łazić mrówki...
— Przebacz mi, bracie, łotrowi! — szepnął. — Nie złorzecz mi!
Zrobił już krok w tył, ale nagle chrząknął zdecydowanie i postanowił:
— E, było nie było! Gwizdać mi na wszystko! Zabiorę je i niech ludzie szczekają, co im się żywnie podoba!
Migujew zabrał niemowlę i szybkim krokiem ruszył z powrotem.
— Niech mówią, co im się podoba — pomyślał. — Pójdę natychmiast, stanę na klęczkach i powiem: Anno Filipowno! To poczciwe babsko, zrozumie... I będziemy je wychowywać... Jeśli to chłopiec, nazwiemy go Włodzimierzem, jeśli dziewczynka, to — Anną... W najgorszym razie na stare lata będzie pociecha...
Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Płacząc, zamierając ze wstydu i strachu, pełen nadziei i nieokreślonego entuzjazmu, wszedł do swojej