Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


willi, zbliżył się do żony i padł przed nią na kolana...
— Anno Filipowno! — rozpoczął, szlochając i kładąc niemowlę na podłogę. — Nie karz mnie, pozwól mi słówko wymówić... Mea culpa! To moje dziecko... Pamiętasz Jagnę... więc widzisz... bies mnie opętał...
I nieprzytomny ze strachu i wstydu, nie czekając na odpowiedź, zerwał się i jak oparzony wybiegł na świeże powietrze...
— Zostanę tu na dworze, dopóki mnie nie zawoła — pomyślał. — Dam jej czas do ochłonięcia...
Stróż Jermołaj przechodził obok, spojrzał na niego i wzruszył ramionami... Po chwili znowu przeszedł obok niego i znowu wzruszył ramionami.
— To ci dopiero, powiedzcie ludzie — bąknął pod nosem, uśmiechając się. — Była tu przed chwilą, proszę pana, praczka, Aksynja. Durna baba, położyła swoje dziecko na ganku od ulicy, a przez ten czas, jak u mnie siedziała, ktoś wziął i dzieciaka zabrał... A to ci kawał!
— Co takiego? Co?! — wrzasnął z całych sił Migujew.
Jermołaj, który wytłomaczył sobie gniew pana po swojemu, poskrobał się w głowę i westchnął.
— Przepraszam jaśnie pana — uniewinniał się