Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Słuchajcie, Leon...
— Słucham.
Odwróciła się do niego, patrząc mu zblizka prosto w same oczy.
— Słuchajcie dobrze i nie oszukujcie mnie. Ja jestem kobieta, ale ze mną nie trzeba było robić prób ani komedji. Jeżeli przebranie, ta bomba i to chodzenie po bazarze i to głupie kupowanie... Rozumiecie? Jeżeli to wszystko było jeszcze jedną pedagogiczną próbą — to wiedźcie, żeście mnie przeuczyli. Ja już nic nie zrobię! Nie chcę żyć. Nie mogę, Rozumiecie?! Już jestem nauczona, wytręsowana, sprawna, doświadczona! Już mi można powierzyć ważną, trudną rzecz. A ja nie zrobię już żadnej, nawet najgłupszej. Rozumieciecie? Człowiek nie jest maszyną, którą można kręcić za korbę. Coś się we mnie popsuło. Ot i dosyć! Ja was błagam, żeby nie było prób, komedji, oszukiwania! Mówiłam wam, że ze mną prób nie potrzeba i przysięgałam, że zrobię dobrze. Raz, ale dobrze — a teraz...
— Nikt was nie oszukiwał. To nie była żadna próba. To była robota!
— Dlaczegóż nie przyjechał?
— Bo nie przyjechał. Już wam to raz mówiłem.
— Nie wierzę.
— Dobrze.
— Dlaczegożby mu się śpieszyło na ten głupi bazar, kiedy nigdzie nie wyjeżdżał od pół roku?
— Taki miał gust. Przecież i jemu coś wolno.
— Skąd dowiedzieliście się o tem? Jaką macie pewność?