Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ktoś ujął ją, mocno pod ramię i podsadził do karety. Kłapnęły głucho drzwiczki. Ruszyli. Znowu przez okna zaglądał do niej świat obojętny, prawdziwy, nie wiedzący o niej nic a nic.
Niedawno żegnała go z rozkoszą, z dumą, świadomością swojej wyższości nad wszystko, co jest. Jechała, jak królowa, dla której niczem jest prawo świata... Teraz wraca, jak wygnanka, jak żebraczka. Musi poddać się brutalnej władzy jutrzejszego dnia. Musi w ciągu tej nocy zimowej pogodzić się z dawną dolą, ukorzyć się przed głupiemi drobiazgami życia, przywiązać się na nowo do swojego dreptania po świecie, spotykać ludzi, którzy już byli poznikali, jak cienie. Trzeba będzie przypomnieć sobie ich twarze, ich imiona, ich potrzeby... Poznała z przerażeniem, jak straszną rzeczą jest pożegnać życie i pozostać. Wiedziała, że już nic ją nie zajmie i nie przywiąże do siebie naprawdę. Obudziła się, jak inny, drugi człowiek. Tamten umarł; znikł. Jakże teraz będzie w niej żył ten drugi człowiek?
Kareta zatrzymała się. Do środka wszedł Leon. Już się gdzieś podziała jego liberja. Był w palcie i kapeluszu. Siadł, nic nie mówiąc. Pojechali dalej.
— Dlaczego się tak stało? — porywczo i ostro zapytała Kama.
— Dlatego, że nie przyjechał.
— Dlaczego nie przyjechał?
— Dlatego, że nie przyjechał.
Kareta dudniła głucho, deszcz siekł w szyby i przez krople deszczu świat wyglądał mętnie, poczwarnie.