Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bokie miejsce. Odpędzono precz rybaków, odciągnięto furgon na sto kroków.
— Gotowo?
— Gotowo!
Żołnierz w furgonie nacisnął guzik. W tejże chwili stanął nad powierzchnią wysoki słup wody. Wzburzyła się woda na szerokiej przestrzeni. Wywaliły się z głębiny spienione kłęby i poszła fala po rzece.
Wyzionął z wody groźny, głęboki huk — zawisł nad rzeką, głucho, ciężko i długo odbijał się echami o wyniosłe wały i mury Cytadeli, stojącej na tamtym brzegu.
Podniósł się i przegrzmiał — jak salwa armatnia nad świeżą mogiłą wojownika, jak ostatni, daleki odgłos burzy, która jut minęła.
Od huku zadźwięczały szyby w ślepych oknach więzienia — ocknął się ze swojej przedśmiertnej zadumy skazany więzień i nadsłuchiwał długo.