Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nakazane było bombę zważyć, zmierzyć, otworzyć, rozebrać i opisać wszystko. Lekceważył tłum oficerski „krawiecką“ robotę; śmiali się, kurząc papierosy wokoło pocisku, który zawiódł i nie wybuchł To ośmieliło majstrów wojskowych. Wstawiono więc pocisk w śrubsztak i zwolna zaczęto odkręcać pokrywę. Opierała się całą mocą, aż po wielu wysiłkach ustąpiła śruba. Obróciła się o mały włos pokrywa i w tejże chwili wybiegli z wrzaskiem z warsztatu i majstry i dozorujący ich specjaliści i gapiący się na tę robotę oficerowie. Tłoczyli się i przewracali się we drzwiach.
Straszny, gryzący zapach wypełniał pracownię — zabójczy i nie do zniesienia okropny był ten pierwszy oddech piekielnej machiny. Po wielu naradach i namysłach, oficer pognał znowu do roboty struchlałych ludzi.
Nie da się z niczym porównać delikatność, z jaką dotykali się złowrogiego narzędzia wystraszeni żołnierze. W maskach na twarzach, z wilgotnemi gąbkami na ustach, ponieśli pocisk w rękach krok za krokiem, wolniusieńko, przez pola, drogi, aż nad Wisłę. Tam złożono go na brzegu pod strażą czterech żołnierzy, rozstawionych szeroko w czworobok. Ciekawie patrzyli na to wszystko rybacy z miasta, siedzący na brzegu, przystawali ludzie na drodze i nie wiedział nikt, coby to znaczyło.
Aż przyjechał furgon z saperami i zaczęto pracę. Wypuszczono z furgonu długi i gruby drut w kauczukowej powłoce, omotano pocisk, przymocowano i na długiej żerdzi ostrożnie zapuszczono w głę-