Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Żeby tylko nie przez tych posłańców...
— Teraz mamy już własnych.
Kiedy Kama sobie poszła, doktór natychmiast zamknął się w swoim gabinecie, szczelnie i pedantycznie zasłonił okna i postawił na biurku powierzony mu depozyt.
Niewinnie i skromnie stał sobie pocisk w pięknym etui. Niktby nigdy nie przypuścił, aniby komu do głowy przyszło...
Doktór wyciągnął się na kanapie i, zapaliwszy papierosa, zaczął przeżuwać powszednie marzenie swego życia: myślał o swoim dziele, poświęconym psychologji jednostek i mas podczas ruchów rewolucyjnych. Ale myślenie rwało się i utykało. Teorje wytyczne wydawały mu się nieco nieoględne. Systemat nieuporządkowany, a wiele zbadanych zjawisk bujało sobie niesfornie, nie dając się nagiąć do żadnej teorii. Doktór, jak każdy twórca, miewał swoje złe i dobre godziny. Dzisiaj mu się myślenie nie kleiło. Jako psycholog znał samego siebie, używając się ustawicznie do rozmaitych badań, a więc niebawem spostrzegł przyczynę niezwykłego zaćmienia inteligencji. Długo wpatrywał się w przedmiot leżący na biurku.
Mały ten pakuneczek wywierał na psychiatrę dziwnie mocny i w tajemniczości swojej niedocieczony wpływ.
Doktór nie był tchórzem. Rzecz tę sprawdził niejednokrotnie z całą surowością chłodnego badacza. Śmierci się nie bał i był tego pewnym. Kiedyś chodził śmiało i z brawurą po górach,