Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przeszłego roku miał pojedynek z dobrym strzelcem i w przeddzień, jak i w dzień spotkania był nietylko zupełnie przytomny, ale nawet w dobrym, bynajmniej nie dorabianym humorze — wreszcie oddawał rewolucji bardzo ryzykowne usługi...
A jednak, ilekroć przynoszono mu do domu ot coś takiego, zaczynały się dlań godziny niezmiernego podniecenia, dochodzące do aktów zupełnie niepoczytalnych. W tych okresach czasu psychjatra nie o wiele się różnił od swych pacjentów, których codziennie odwiedzał w szpitalu Bonifratrów — zwłaszcza noce bywały pełne okropności.
I kiedy pytał, na jak długo mu przyniesiono pocisk — pytał zarazem, jak długo będzie się musiał dręczyć. Był świadomy siebie i z góry wiedział, co go czeka. Nie zdarzyło się jednak nigdy, żeby odmówił swojego mieszkania, nawet żeby się wymawiał, a bodaj, żeby się choć skrzywił. Brał i już.
W sferach partyjnych miał opinję zupełnie pewnego człowieka, co w czasie rewolucji, a zwłaszcza w sferach, mających do czynienia ze sprawami bojowemi, było mianem zaszczytnym. Kto tam może być pewnym siebie? Komu to życie niemiłe?
Doktór był rewolucjonistą z przekonań, ale te przekonania nie zaprzątały go nigdy zanadto. Były w nim, był pewien ich istnienia i na tym koniec. Nie bawił się w dociekania programowe, było mu wszystko jedno, co się pisze w literaturze partyjnej, gdyż takich rzeczy nie czytywał i było mu