Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No, i usłyszałem śpiew.
— Kobiety?
— Chóru chłopców albo dziewcząt.
— Co śpiewali?
Chwalcie łąki umajone.
— W kościele może? U pijarów?
— Nocą? — zapytał drwiąco bzik.
— Bywa — ten bąknął niezbyt pewnie.
— Kościelne okna, co je nad murami widać, ciemne były.
— Bo drzewa zasłoniły światło.
— Dobrze patrzałem.
— Pielgrzymka mogła iść ulicą — do Kalwaryi lub Mogiły.
— Śpiew szedł z góry, jakby z drzew, albo jeszcze z dalsza nawet — z chmur czy z gwiazd.
— Śniło ci się.
— Wstałem, zwinąłem moją derkę i wyszedłem z pawilonu. Patrzę: jasność bije od fontanny.
— Tam się przecie zawsze świci.
— Fontannę na noc zamykają i światła gaszą miejskie draby dla oszczędności. A tam — blask, i na cembrowinie, z której woda tryska w dzień — coś białego...
— Łabędź pewnie...
— Łabędzie w swoim domku spały. Podbiegłem bliżej, nad brzeg wody, i dalej, dalej aż na mostek, z którego zobaczyłem Pannę, tak jak pana widzę. Suknię miała złotą...
— Białą — mówiłeś.
— Ale wyszywaną złotem i perłami, i płaszcz błękitny na niej w czerwone róże haftowany. Koronę miała...
— Mówiła co?