Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Skinął głową i głos zniżył do szeptu:
— Znak mi dała, żebym ku niej szedł.
— Woda przecież?
— Też się bałem buty zmoczyć, ale mnie ten widok słodki tak pociągnął, że zeszedłem. A woda gładka była, twarda, jak lód lub szkło.
— I bliskoś podszedł?
— Jakby do pana. No, dalej troszkę, bo nie śmiałem.
— Zapach czułeś pewnie?
— Róż i jaśminów. Alem czasu nie miał na zachwyty, bom słuchać musiał, co mi mówiła. — Świat — powiedziała — cały zginie. Pożar będzie na całej ziemi taki, że woda w rzekach zawrze i liście spadną z drzew.
— Mówiłeś, że się woda cofnie.
— To potem. Najsampierw będzie się gotować, a od tej gorącości wielkiej zrobią się nad światem chmury i deszcz z nich spadnie, który lać będzie nieprzerwanie przez niedziel sześć.
— No, dobrze, idź se już.
— Dziadku — krzyknąłem — niech dokończy.
— Ale, mówiła — podjął dziad — nie wszystko jeszcze utracone. Jeszcze was wiara może uratować.
— Ja tam wierzący jestem i cały mój dom — niepewnie rzekł właściciel końskiej remizy.
— Wiara, powiedziała, we mnie, w matuchnę waszą i w to, że tobie się zjawiłam. Niech uwierzą, mówi, że spośród wszystkich ludzi świata, ciebie wybrałam na mojej łaski pośrednika. Chociażeś biedny dziad krakowski, chociażeś pijus jest i drań.
— „Drań” powiedziała? — krzyknął dziadek.
— Powiedz im, niechaj tu w tym miejscu — ze wzrastającą mocą mówił bzik — gdzie stoję teraz, figurę moją ufundują i niech co wieczór tu się zbiorą