Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Że jak? — ryknął szewc. — Że hę? Że nie dla... A to, panie... Pfe. Ech! To tak... Powiem w mieście. W mieście powiem. W cechu. W rzemieślniczej izbie powiem. W magistracie. Do gazety, panie, podam. I do sądu. Za obrazę, panie, czci. Za klienta poniżenie. Jajo rządzi. Skutek, mówi. Ja ci, panie, skutek sprawię, o sku...
Zatchnął się i poszedł sobie, a na schodach jeszcze gorzej klął.
Dziadek siedzi, marszczy brwi, patrzy we mnie jak w upiora.
— Coś narobił? — pyta wreszcie — ja ci... ja cię... Do schroniska oddam, won wypędzę, jeśli mnie nie trafi szlag! Wody! — ryknął i — trzymajcie, bo zabiję.
Wpadły ciotki, wodę niosą, krzyczą, płaczą, dziadka cucą i wachlują, a ja do zabawek wracam.
Do wieczora rwetes w domu. Dziadek rzęził, nogi skurczał i rozkurczał. Wezwano lekarza, by mu upuścił krwi wzburzonej, a do mnie przyszedł doktór Kraft, szybko wezwany telefonem:
— Nasz mały zrobił dziwną rzecz! — krzyczała ciotka do słuchawki.
Wszedł z uśmiechem do mego pokoju, usiadł i przez chwilę w milczeniu patrzał, jak się bawię. Ja fortece budowałem z kamiennych klocków; wysoko w górę wynosiłem mury i wieże, a gdy już gmach tracił równowagę, zaczynał chwiać się i rozpadać, brałem do ręki byle przedmiot — piórnik, piłeczkę lub pantofel — i łup! z daleka w środek gmachu, i śmiech perlisty mój rozbrzmiewał, kiedy kamienie spadające toczyły się, skakały z hukiem, nawzajem pchając się i krusząc.
— Ślicznie się bawisz — rzekł z uznaniem znawca zaburzeń rozwojowych. Kopnąłem resztę klocków nogą i na podłodze w kucki siadłem.