Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I pogrzeb konny też chcę mieć! Pisz pan, gotówkę na stół kładę.
Wtedy krzyknąłem „nie!” spod stołu. Umilkli obaj, zgłupiał szewc, dziadek pod biurko zajrzał.
— Hę? — spytał.
Wyszedłem, ubranie otrzepałem z prochu i rzekłem:
— Nasz zakład pana nie obsłuży.
— Co to? Dlaczego? Odkąd to jajo kurą rządzi?
— Jajo, mój panie, czyli skutek, jest dla przyczyny tym, czym jest pożar dla zapałki, albo tym, co dla słowa — głupiego nawet — jego sens. Kura nie wie, co zniesie, ani zapałka, co zapali, ani słowo nie wie, w co się obróci, a dziadek tyle wie o wnuku, ile kamień na ślepo wyrzucony może rozumieć, dokąd leci i co rozbije. — Tak powiedziałem.
— Że jak? — zapytał szewc, gniotąc melonik.
— Cicho, dziecko — rzekł niepewnie dziadek. — My tu o interesach.
— Ja też, dziadku. Ty do grobu schodzisz, a ja o zakład muszę dbać, bo go wkrótce odbiorę z twoich rąk.
— Ależ gotówką pan szewc płaci!
— Gotówką! — z mocą krzyknął szewc.
— I zamówienie składa dożywotnie! na ślub, na chrzest, na pogrzeb własny i rodziny!
— Całej rodziny! — potwierdził wyśniony interesant.
— A za nim pójdą inni!
— Pójdą! Namówię szewców, cholewkarzy i pośród krawców wpływy mam — całe rzemiosło murem stanie i koniom przywróci cześć.
— Nas to nie interesuje — potwierdziłem stanowczo. — Plany mamy inne. Skończona rozmowa. Idź pan z Bogiem. Nasz zakład nie dla szewskich uciech.