Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przyszli i do nas. Noc już była, gdy kopyta po bruku nagle zadzwoniły i przed bramą naszą ostro zaciągnął głos dowódcy:
— Szwaaadron, stój! — i rzuciły się zaraz z wrzaskiem Dubielowe psy.
Nie spałem jeszcze, rozmyślałem nad lepszym urządzeniem świata. Na równe nogi skoczyłem, szarpnąłem story. W sinym świetle gazowych lamp zobaczyłem kwadratowe czapki, strzeliste błyski lanc, koni tłum maści zbłękitniałej w mroku i ułanów, którzy daszki na oczy nasunęli, spuścili głowy, twarze skryli w kołnierzach płaszczy (noc była chłodna, bo wrześniowa), spali chyba, a ja pomyślałem zaraz, że są pozbawieni głów.
W domu krzyk. Stuka Dubiel w okna, do bramy dzwonią, dziadek z pokoju swego ryczy i gdaczą ciotki przerażone:
— Co jest, u licha, spać nie dadzą!
— O Boże, wojsko!
— Kwaterunku nakaz!
— Jaki nakaz? Kto mi śmie w nocy rozkazywać w mym własnym domu?
— Wojsko!
— W dupie mam wojsko w czas pokoju!
— Z komendy miasta rozkaz mamy.
— Ja tu komendant i nie wpuszczę żadnego wojska.
— Ależ, tato...
— Konie moje i stajnie do rządowej dyspozycji dla naczelnego wodza!
Rotmistrz z brzękiem ostróg wszedł do domu. Dziadek go przyjął w bieliźnie, z nastroszoną brwią. Przez drzwi słuchałem ich rozmowy; pan rotmistrz śpiewnie jakoś mówił, bo ze wschodu przybył z pułkiem:
— Ta co pan krzyczysz? Co ja winien? Papirek, panie właścicielu, na dworcu dali, na kwaterę skie-