Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozwidniło się przed nim, jak od błyskawicy. Wszystko ujrzał i zrozumiał, począwszy od listu ze szkatułki, w którym piękny rytownik kochance swej powierzał dziecko, które ma na Prowincyi, aż do tajemniczego przybycia malca, miny zakłopotanej Hettémów, gdy za adoptowaniem przemawiali; spojrzeń zamienianych między Fanny a Olimpią; wszyscy bowiem zmówili się, żeby mu narzucić żywienie syna tego fałszerza. Ładny z niego głupiec... jakże się musieli zeń śmiać! Uczuł niesmak do całej tej przeszłości sromotnej; byłby chciał uciec bardzo daleko, gdyby nie ciekawość co do niektórych rzeczy. Jeśli ten człowiek odjechał z dzieckiem, czemuż ona im nie towarzyszy? Przytem listy, zależało mu na tem, żeby je odebrać i nic swego nie zostawić w tym zakątku plugawym i złowrogim.
— Pani?... Pan przyjechał!...
— Który pan? — naiwnie zapytał głos z głębi pokoju.
— Ja... — Dał się słyszeć krzyk, podskok żywy, a potem słowa; „Zaczekaj, wstaję... idę...“
Jeszcze w łóżku po dwunastej! Jan domyślał się, dlaczego; znał przyczyny tych ranków, kie-