Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

cię jeszcze; nie tracę bowiem nadziei, że przyjdziesz raz, jak się odwiedza przyjaciółkę nieszczęśliwą, gdy jej kto umrze, przez litość, tylko przez litość“.
Odtąd przybywała z Chaville, co dwa lub trzy dni, kapryśna korespondencya: długa, krótka, dziennik boleści, którego nie miał siły odsyłać i który powiększył w tem sercu tkliwem, drgające miejsce litości bez ukochania, już nie dla metresy, lecz dla cierpiącej istoty ludzkiej.
Jednego dnia, był to odjazd sąsiadów, tych świadków jej szczęścia minionego, którzy uwozili z sobą tyle wspomnień. Teraz uprzytomniać je będą tylko meble, mury ich domku i służąca, biedne, dzikie stworzenie, tak obojętne na wszystko, jak wilga, co zmarznięta ciągle w tę porę zimową, smutno najeżona, w kącie swej klatki siedzi.
Innym razem, gdy blady promyk rozweselił szybę, budzi się radosna, w przekonaniu, że „on dziś przyjedzie!...“ Dlaczego?... Przywidzenie... zaraz zaczyna przystrajać domek, ubiera się w suknię świąteczną, jak może najładniej i czesze się tak, jak on lubi. Potem, do wieczora, do ostatniej odrobiny światła, rachuje pociągi,