Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kiem pożegnalnym, który mu pozostawia w ustach smak gorączki i łez; ona zaś, miarkując, że go siły opuszczają, mówi po cichutku: éJeszcze jedną noc, tylko jedną...“
Słychać sygnał... pociąg odchodzi!... Zkąd wziął tyle męztwa, żeby się wyrwać z jej objęć i poskoczvć aż do stacyi, której lampy świeciły poprzez gałęzie bezlistne? Sam dziwił się sobie, siedząc zdyszany w kącie wagonu i przyglądając się przez drzwiczki oknom oświetlonym w ich domku, oraz białej postaci, stojącej przy baryerze... „Adieu, adieu!“ Wykrzyk ten uspokoił cichą trwogę, jaką w nim wzniecił widok metresy na zakręcie relsów, gdzie zawsze wyobrażał ją sobie zabitą.
Oparłszy głowę o szybę, widział jak w wirze otaczających gruntów, ucieka, maleje i toczy się ich pawilonik, którego światło wydawało się już tylko gwiazdą zabłąkaną. Nagle, doznał radości i ulgi ogromnej. Jak się tam oddychało swobodnie, jak piękną była ta dolina Meudonu i te duże wzgórza czarne, tworzące trójkąt niezliczonych świateł, rozsypanych nad Sekwaną regularnemi szeregi. Irena go tam czeka... i dążył ku niej całą chyżością pociągu,