Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

czyły się wtedy z sobą, dokoła tego ciałka umierającego.
— Bądź zdrów, bądź zdrów, ojcze Hochecorne. Śpieszą we troje do domu, Hettéma ciągle rozciekawiony krzykami, co się tak rozlegały po lesie. To się wzmagały, to cichły, znpełnie jak gdyby kto bydlę zarzynał. — Ale jakim sposobem niceście nie słyszeli?
Żadne nie odpowiada.
Na rogu Pavé des Gardes, Jan waha się.
— Zostań na obiedzie — rzekła mu po cichu, błagalnie. — Twój pociąg odszedł... pojedziesz o dziewiątej.
Idzie z nimi. Czegóż się może lękać? Taka scena nie powtarza się dwa razy i należy jej się przecież choć ta mała pociecha.
Salka jest ogrzana, lampa należycie ją oświeca i służąca, usłyszawszy kroki nadchodzących, podaje zaraz zupę na stół.
— Nakoniec jesteście! — rzekła Olimpia, która już zasiadła z rozłożoną serwetą pod pachami. Odkrywa wazę, lecz naraz zatrzymuje się z okrzykiem: „Mój Boże, droga moja!...“
Mizerna, postarzała o lat dziesięć, z powiekami obrzmiałemi i czerwonemi z błotem na sukni i na włosach nawet, cała w nieładzie, po-