Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Podnosząc ją ostrożnie, czuje, że jest bezwładną w rękach jego, potulną jak dziecię i wstrząsana ciężkiemi westchnieniami. Zdaje się, jakby w niej wzbudził obawę i poszanowanie ten człowiek, co się okazał tak silnym. Idzie obok niego, stosuje się do jego kroku, ale nieśmiało, nie biorąc go pod rękę. Gdy chwiejnym krokiem szli tak posępni po ścieżkach, kierując się żółtym odblaskiem ziemi, można ich było wziąść za dwoje chłopów, co powracają znużeni długą pracą pod gołem niebem.
Na skraju lasu ukazuje się światło i przez otwarte drzwi Hochecorne’a widać sylwetkę dwóch stojących mężczyzn. „Czy to ty, Gaussin?“ — pyta głos Hettémy, zbliżającego się z leśniczym. Zaczynali się niepokoić, że nie powracają i że takie jęki dochodzą z głębi lasu. Hochecorne brał właśnie za fuzyę, by pójść ich szukać...
— Dobry wieczór państwa... jakżeż moja mała ucieszona szalem... musiałem ją położyć w nim spać...
Ostatnią ich wspólną czynnością była ta jałmużna. Przed chwilą ręce ich po raz ostatni łą-