Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

znał Jan od lat trzech; a gdy ją podnosiła, omijając przed nim kałużę, widział powykrzywiane obcasy u bucików.
Jakże ochotnie, bez skargi i żalu, godziła się z tym stanem graniczącym z nędzą, zajęta nim tylko, jego dobrobytem; najszczęśliwsza, gdy się doń przytulić mogła oplotłszy mu ramię obiema rękoma. Widząc ją tak odmłodzoną tym powrotem słońca i miłości, Jan rozważał, jakie siły żywotne muszą tkwić w podobnej istocie, jak dziwnie skorą być musi do zapominania i wybaczania, kiedy mogła pozostać wesołą i pogodną, po życiu tak namiętnem, pełnem burz i łez, których ślady, wyryte wprawdzie na twarzy, zacierał lada promyczek jasny.
— To rydz, powiadam ci, że to rydz.
Wsunęła się pod krzaki, brnąc po kolana w uschłych liściach i roztargana, w sukni podartej o ciernie i głogi, wróciła, pokazując tę drobną siatkę na spodzie grzyba, odróżniającą prawdziwy od fałszywego. „Widzisz, powleczony siatką!...“ — rzekła z tryumfem.
On nie słuchał, był roztargniony, zapytywał siebie: „Czy teraz pora? .. czy zacząć?...“ Ale brakło mu odwagi: to się nadto śmiała, to miejsce było nieodpowiednie... prowadził ją