Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kowi, oblanemu tem łagodnem światłem jesiennem i wiejskiej ulicy, wybrukowanej szerokiemi taflami, co mchem porosły, obejmował widok ten pożegnalnem, utrwalającem w pamięci spojrzeniem, jakie rzucamy miejscom, które nam opuścić wypada.
Przez otwarte okno od saloniku, słychać było śpiew wilgi naprzemian z rozkazami Fanny, wydawanemi służącej: „Przedewszystkiem pamiętaj, na wpół do siódmej... Najpierw podasz perlicę. Ach muszę ci wydać bieliznę...“ Głos jej brzmiał czysto, wesoło, pomiędzy krzątaniną kuchenną a krótkiemi krzykami ptaka wrzeszczącego na słońcu. Jemu, co wiedział, że stosunek ich ma już tylko dwie godziny życia, serce się ściskało na widok tych przygotowań świątecznych.
Miał ochotę wrócić do pokoju i wszystko jej powiedzieć, odrazu; ale bał się jej krzyków, tej strasznej sceny, którąby usłyszeli sąsiedzi, skandalu, na któryby się zbiegło górne i dolne Chaville. Wiedział, ze- w uniesieniu Fanny niema na nic względu i dlatego, nie zmieniając pierwotnego zamiaru, postanowił zaprowadzić ją do lasu.
— Idę już...